Strona główna  |  Sklep  |  Wydawnictwo  |  Wydania cyfrowe  |  Kontakt  |  Reklama

 
Aktualności

»

Debata | Kryzys zatrzymał dynamikę, ale najwięksi bez strat

Cypr jako kolejne państwo po Grecji i Hiszpanii zmaga się z zapaścią ekonomiczną. Słowo kryzys ponownie zagościło w mediach, prowokując pytania o stan polskiej gospodarki.

Czy w odniesieniu do Polski możemy mówić o kryzysie? Jeśli tak, to jak się on przekłada na branżę turystyczną? Na te i inne pytania starali się odpowiedzieć uczestnicy dyskusji zorganizowanej przez redakcję „Wiadomości Turystycznych”.

Dzisiejsza dyskusja redakcyjna poświęcona jest gospodarce w kryzysie i turystyce w kryzysie. Nie da się nie zauważyć tego, co się ostatnio dzieje w jednej z najbardziej słonecznych destynacji turystycznych. Panie Piotrze, napisał Pan, że sytuacja na Cyprze będzie miała dużo dalej idące konsekwencje niż tylko chwilowe wahnięcia na rynkach finansowych. Stwierdził Pan, że decyzja Eurolandu jest „przekroczeniem Rubikonu”. 

Piotr Kuczyński: Wydźwięk tego co napisałem, miał być taki, że sytuacja na Cyprze będzie miała wpływ, ale nie bezpośredni. Chodzi o to, że w momencie gdyby np. Eurogrupa chciała pomóc Hiszpanii – a myślę, że to nastąpi, szybciej niż nam się wydaje – to Hiszpan posiadający oszczędności w bankach hiszpańskich, będzie się czuł zaniepokojony. Dowiedział się, że Eurogrupa chciała na Cyprze opodatkować oszczędności. Depozyty, które są w bankach cypryjskich to w 63 proc. są depozyty cypryjskie, a 37 proc. zagraniczne. Mówi się że 25 proc. stanowią depozyty rosyjskie. I teraz Komisja Europejska mówi, że Cypr jest przypadkiem szczególnym. A w zasadzie: mówiła. Przestała tak mówić przedwczoraj. W cywilizacji zachodniej nie powinna obowiązywać zasada odpowiedzialności zbiorowej. A opodatkowanie depozytów byłoby odpowiedzialnością zbiorową. Cypryjski Kowalski płaciłby podatek za to, że podobno były tam prane brudne pieniądze. Przeciętny Hiszpan, Portugalczyk, Grek musi się czuć zaniepokojony. Jeroen Dijsselbloem, szef Eurogrupy, minister finansów Holandii powiedział, że Cypr jest wzorcem według, którego będą rozstrzygane inne tego typu kryzysy, czym natychmiast doprowadził do paniki na giełdach, akcje banków potraciły 4, 6 i więcej proc.
Euro od razu zanurkowało o1 proc. w stosunku do dolara, a Państwo doskonale wiecie, że na rynku walutowym jeden procent to jest bardzo dużo. A wszystko dlatego, że w tym momencie wszyscy pomyśleli tak: „zaraz to samo zrobicie w Hiszpanii, Portugalii czy gdzie indziej”. Parę minut potem, no może godzinę potem, urząd tego ministra, czyli szefa Eurogrupy zobaczył co się dzieje. Wystosował oświadczenie, że Cypr jest przypadkiem szczególnym, a wszystkie inne przypadki będą badane i rozstrzygane w zależności od specyfiki danego kraju. W ten sposób sami sobie zaprzeczyli. Wczoraj Komisja Europejska znowu powiedziała, że podobne przypadki mogą być podobnie rozstrzygane. Inaczej mówiąc, mamy totalny bałagan, z którego niewiele zrozumie przeciętny Kowalski hiszpański, portugalski czy każdy inny, również polski. Jak wiemy doskonale, dziewięćdziesiąt parę procent ludzi – śmiem twierdzić – nie wie nic o gospodarce, o ekonomii, i systemie bankowym. Skoro tak, to przeciętny Kowalski mówi: „no tak, to zaraz mi się dobiorą do moich pieniędzy”. Oczywiście to nie jest tak – nie dobiorą się, bo są jeszcze parlamenty po drodze. Nie wyobrażam sobie parlamentu hiszpańskiego, który sam sobie obetnie 10 proc. Stan wojny może by to jeszcze uzasadniał. Ale tego przeciętny Hiszpan nie rozumie. Dlaczego to jest groźne? Bo to podważa zaufanie do sektora bankowego, a jak wiemy dobrze, sektor bankowy, i w ogóle rynki finansowe, mają niestety coraz większe znaczenie. Finansjalizacja gospodarki, jak mówi prof. Dębowski, jest coraz większa: rynki finansowe są w stanie zmieniać premierów. Jeżeli więc podważa się zaufanie do sektora bankowego, to wystarczy żeby 10 proc. ludzi stanęło w banku po swoje pieniądze i bank musi zamknąć swoje podwoje – taka jest prawda. Inaczej mówiąc Eurogrupa wytworzyła sytuację zwiększonego braku zaufania do sektora bankowego, które i tak nie było największe. Wystarczy iskra, parę nieodpowiedzialnych artykułów prasowych, czy telewizyjnych informacji, żeby sektor bankowy się zawalił. Tak w tej chwili wygląda sytuacja. 

Panie Grzegorzu, czy rynki finansowe rzeczywiście będą niespokojne i jakie przełożenie na Polskę ma sprawa Cypru? Podobno na warszawskiej giełdzie były spadki w związku z Cyprem. Jednym słowem, czy mamy się o co martwić?

Grzegorz Pułkotycki:
To zależy kto ma się czym martwić. Posiadacze długów finansowych, szczególnie tacy o horyzoncie krótkoterminowym, z pewnością zmartwili się informacją o tym, że zostają opodatkowane depozyty złożone na Cyprze, co jest warunkiem koniecznym do tego, żeby Cypr otrzymał pomoc Unii. Z perspektywy rynków finansowych nie wydarzył się jednak dramat na miarę tego, co się działo po Lehman Brothers. Ja tu się w pełni zgadzam, że zaufanie do rynków finansowych jest niskie i nie wróciliśmy do tego poziomu zaufania, które istniało jeszcze przed kryzysem amerykańskim.
W tej chwili, proszę zwrócić uwagę, wszystko kreują politycy. Pan Piotr przedstawił scenariusz, z którym się zgadzam, natomiast to jest taki black case scenerio, gdzie faktycznie ludzie pomyślą sobie, że przypadek Cypru powtórzy się w innych krajach. I przyznam szczerze, że w sytuacji, gdybym uważał taki scenariusz za prawdopodobny, to sam bym całą gotówkę, którą bym potencjalnie miał na lokacie, zamienił na cokolwiek innego: obligacje, akcje, czy coś, co nie byłoby przedmiotem de facto częściowej lub całkowitej konfiskaty. Jednak uważam, że należy do tego podejść spokojnie. Tak naprawdę nie wiemy co ten minister Holandii miał na myśli. Jeśli by to literalnie odbierać, że za pomoc agend europejskich będą płacili obywatele, to jest to na pewno bardzo negatywna informacja, bo to powoduje w pewnym momencie wysokie prawdopodobieństwo szturmu na banki. Już w ubiegłym tygodniu w Hiszpanii miał miejsce podwyższony poziom wypłat z banków, i to jest fakt. 

PK: Od 2009 roku Hiszpanie wycofali z banków 300 mld euro. 

GP:
Tak samo było wcześniej z Grecją. Natomiast tak jak rynki były od lata 2011 r. przestraszone tym, co się wydarzyło najpierw w Stanach, czyli cięciem raitingu, a później eskalacją kryzysu zadłużeniowego w Europie, to mimo bardzo nieskoordynowanych i opóźnionych ruchów władz europejskich, zdołano opanować emocje. Pytanie, co jest bardziej prawdopodobne? Teraz rozmawiamy o zagadnieniach kryzysu i jego wpływie na branżę turystyczną. Kto wie, czy za tydzień nie będziemy rozmawiali o tym, że nastąpiła erupcja Hekli, samoloty przestaną latać i to będzie głównym problemem dla branży, a nie Cypr. Na tą chwilę, rynki finansowe w krótkim terminie zareagowały gwałtownie, ale w sposób ograniczony biorąc pod uwagę reakcję na inne wydarzenia. 

PK: Jeśli mogę dodać: z mojego punktu widzenia prawie nie zareagowały. Można powiedzieć, że ta reakcja była znikoma, bardzo ograniczona. Z kolei amerykańskie giełdy tylko wzruszały ramionami. 

Jak w takim razie jest z turystyką i emocjami turystów? Tutaj Panowie trochę mówią o dezinformacji, trochę o groźbie cypryjskiej, trochę uspokajają. Jak polscy turyści i polscy touroperatorzy odnajdują się w tej sytuacji, którą mamy obecnie? 

Krzysztof Piątek: Sytuacja jest zupełnie normalna, spokojna i wcale nie nadzwyczajna. Ale nawiązując jeszcze do tematu cypryjskiego, faktycznie budzi się pewna refleksja. Zapewne zaliczam się do przeciętnego Kowalskiego, jeżeli chodzi o znajomość tematów czysto finansowych i bankowych, ale budzi we mnie zaniepokojenie to, do czego zdolni są politycy. Ni z tego, ni z owego mogą powiedzieć „zabieramy 20 proc. twoich ciężko zarobionych oszczędności”.
Jak ten lęk przekłada się na turystę? Czy Polacy chcą kupować wakacje?

KP: To nie ma nic wspólnego z wakacjami. Bardziej przerażać może taki scenariusz – prawdopodobny jak się okazuje – że politycy mogą wpaść na pomysł „dawaj połowę tego, co zaoszczędziłeś przez całe życie”. To jest porażające widmo, natomiast to nie ma wpływu na turystykę. W turystyce jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że nie ma sezonu, żeby się coś nie działo. Czy to wulkan, czy to rewolucja w krajach muzułmańskich, czy to ptasia czy świńska grypa, akty terroryzmu. Zawsze coś będzie. Więc cieszymy się z sytuacji kiedy jest spokój, bo ten Cypr nie ma wpływu na turystykę. Nawet w ostatnim tygodniu sprzedaż wyjazdów na Cypr wzrosła o 10 proc. pomimo, że skumulowana ich wartość obecnie traci kilka procent w porównaniu do zeszłego roku.
Może turyści są zupełnie nieświadomi tego, co się dzieje w świecie finansów i dlatego kupowali Cypr w ostatnich dniach. Nie widzę obecnie na horyzoncie, i oby to długo trwało, żadnych poważnych zagrożeń co do zachwiania dobrych nastrojów konsumenckich wśród polskich turystów. Jako, że sprzedaż do ostatniej niedzieli w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku jest prawie na poziomie zeszłorocznym – brakuje niecałych 2 proc. – jak na czasy kryzysowe (bo takie jest tło naszej dyskusji) nie dostrzegam przeniesienia pojęcia „kryzysu” na zachowania konsumentów turystycznych. 

To może w ogóle należało by się zastanowić, odchodząc już od Cypru, czy mamy kryzys? Panie Piotrze, czy mamy w Polsce kryzys? 

PK:
Zależy dla kogo. Pan prezes Piątek mówił tutaj, że zwiększyły się zakupy, że nie widać spowolnienia. Dlaczego? Ludzie, którzy są w górnych 10 proc. dochodów nie odczuwają kryzysu, a to oni przede wszystkim kupują i stąd mamy to, o czym prezes Piątek mówi. Jak zapytałem duże biuro obrachunkowe, prowadzące księgowość, to powiedzieli, że jest katastrofa, że „te małe firmy padają jak muchy, że nigdy czegoś takiego nie widzieli. Nigdy!” A oni prowadzą działalność od początku przełomu, od transformacji. Są zatem jakieś symptomy. Ja już nie mówię o danych makro: że sprzedaż detaliczna spada, że produkcja spada. Są to rzeczy niepokojące w ujęciu makroekonomicznym, ale także w takim normalnym, ludzkim ujęciu widać, że duża część Polaków naprawdę zaczyna chować pieniądze i ich nie wydawać. Część przez te prawie 14,4 proc. bezrobocia dostaje nieźle po kieszeni, ale to wszystko nie musi się odbijać na sektorze turystycznym. 

KP: Wiemy, że klientów biur podróży, takich którzy kupują imprezy turystyczne, jest nieco mniej niż dwa miliony, co stanowi kilka procent naszego społeczeństwa. Więc bez względu na to, czy jest hossa, czy bessa, czy jest kryzys, znajdzie się ta kilkuprocentowa warstwa dobrze sytuowanych, których stać na tą usługę z wyższej półki, którzy będą w dalszym ciągu korzystali z ofert biur i wyjeżdżali. Temat kryzysu dotyczy mas, całości społeczeństwa, ale może mniej dotyka tą warstwę tych, którzy bez względu na sytuację gospodarczą, mają się nieźle. 

PK:
Proszę zauważyć, że przed salonami luksusowych samochodów tłok był w zeszłym roku tak duży, jak jeszcze nigdy w historii. Tak naprawdę ludzie zamożni jeszcze na tym kryzysie zyskują. 

Panie Marku, w takim razie jak to jest? Czy rzeczywiście podróżują tylko najbogatsi i czy Pan, z perspektywy TUI Poland, widzi wpływ kryzysu na turystykę w Polsce?

Marek Andryszak:
Ja tu się zgadzam zarówno z Panem Krzysztofem i Panem Piotrem. Nasz rynek turystyczny, to jest 3-4 proc. całego polskiego społeczeństwa, czyli ok. 1,6 – 1,7 miliona, więc patrzymy na bardzo znikomą część społeczeństwa. Oczywiście tu jest zawsze przypływ i odpływ. Pewnie punkt procentowy z tych 3-4 proc. to co dwa-trzy lata jest wymiana ludzi, którzy latają właśnie z taką częstotliwością. A ¾ tego, to są osoby, które jeżdżą regularnie raz do roku, a nawet kilka razy do roku. Ta warstwa społeczna jest dziś stabilna. Oczywiście możemy się teraz zastanawiać, jak długo tak jeszcze będzie. Natomiast zgadzam się z Panem Krzysztofem, teraz nie odczuwam tego, co powinienem był odczuwać, czytając prasę. 

Ale czy to nie jest tak, że ilościowo ten rynek się nie kurczy, ale jeżeli spojrzymy na wartość rezerwacji, to ona spada?

MA:
Wartość rezerwacji z zeszłego roku na ten rok, jeśli chodzi o cały rynek, wzrosła mniej więcej o 300-400 zł jeśli chodzi o sezon zimowy. Patrząc na lato, to jest to obecnie 150-200 zł wzrostu. Jest spowodowane dwom czynnikami, po pierwsze wzrostem kosztów, w sensie takim, że kalkulacyjny kurs walut został wyżej założony przez wszystkich uczestników rynku. Aby nie mieć ryzyka, które w zeszłym roku się jednak pojawiło w styczniu i w lutym, dosyć drastycznie, później na szczęście znikło. A druga rzecz, to również przy kwestiach paliwowych wszyscy bardziej konserwatywnie podeszli do tematu. No i po trzecie wyprzedaż całości lata zeszłego roku przyczyniła się do tego, że jakoś poobijani z tego wyszli, ale drugi raz nikt sobie takich przejść nie życzy. Więc tak naprawdę, cały rynek, bez zmowy – co jest bardzo ciekawe – wspólnie podniósł ceny i teraz wszyscy mamy wyższe ceny niż w zeszłym roku, i to znacznie wyższe. Wolumen sprzedaży jest prawie taki sam, jak w zeszłym roku i przeciętne ceny są wyższe, także jeżeli chodzi o obroty, to są one nawet wyższe niż w zeszłym roku. 

Mam jednak wrażenie, że z raportów PZOT-u, ta średnia wartość rezerwacji trochę spada.

KP:
Monitorujemy wartość statystycznej średniej rezerwacji na głowę klienta z tygodnia na tydzień i są wahnięcia. Natomiast faktycznie średnia cena rezerwacji na poszczególnych kierunkach jest o kilka procent wyższa w stosunku do zeszłego roku. Ale to jest nieistotne, to jest marginalne, jako że te kluczowe czynniki, które wpływają na ceny imprez, z których koszty powstają w dewizach, są nam sprzyjające: silny złoty cały czas poniżej poziomu 4,2, i to przez wiele tygodni, czy nawet miesięcy, i to jest poziom nieco niższy niż przed rokiem. Jeśli popatrzymy na ceny paliw, brand, notowania – one też są rok do roku, o kilka procent niższe niż przed rokiem. Czyli nie ma zewnętrznych, ekonomicznych czynników które mogłyby wpływać na podnoszenie cen. Nie ma. Ceny są stabilne. Nieco oscylują w zależności od sezonowości, bo są terminy niezmiernie atrakcyjne dla konsumentów. Flagowy przykład to weekend majowy, kiedy można wszystko sprzedać. Także te ceny oscylują wokół podaży i popytu, ale są stabilne. Oby tak dalej. 

A jak to wygląda z punktu widzenia firmy średniej lub małej wielkości? 

Paweł Niewiadomski:
No właśnie, mam wrażenie, że koledzy głównie mówią o sprzedaży jeśli chodzi o segment turystyki czarterowej, a te trendy mają się zupełnie inaczej jeżeli mówimy o turystyce autokarowej oraz ogólnie o sytuacji w mniejszych podmiotach, i to zarówno jeżeli mówimy o organizatorach jak i agentach turystycznych, którzy sprzedają graczy czarterowych. To wynika z wielu czynników. Panowie tutaj na pewno zabezpieczają się na wypadek ryzyka walutowego. W mniejszych podmiotach tego nie ma. Jeżeli więc powstaną jakieś wahania, o których mówiliśmy, to te małe podmioty mogą mieć kłopoty. W tym segmencie turystyki autokarowej obserwuje się jednak spadek – nie są to duże spadki – w granicach 5-10 proc. w zależności też od kierunku. Drugi temat to jest kwestia związana ze sprzedażą agencyjną i tutaj ewidentnie obserwuje się spadek udziału agentów w sprzedaży ofert organizatorów turystyki czarterowej – w przeciwieństwie do autokarów, gdzie ten udział wzrasta. 

MA: To jest wytłumaczalne. Z jednej strony w segmencie oferentów turystki autokarowej najłatwiejszym kanałem sprzedaży jest kanał agencyjny. A z kolei oferenci więksi, czyli touroperatorzy turystyki czarterowej posiadający własne sieci sprzedaży, raczej próbują lepiej wykorzystać własne kanały, co się przekłada na wynik finansowy. A więc te dwa aspekty są wytłumaczalne. A trzecia sytuacja to jest również według mnie współodpowiedzialność za sytuację, którą mamy dziś na rynku agencyjnym, a która została przez Pana Piotra opisana: to jest niedoskonała wiedza ekonomiczna. Gdy posiadam nieruchomość w postaci salonu, i w ogóle nie liczę kosztów kapitału, jako kosztów alternatywnych dla prowadzenia działalności gospodarczej do mojego bilansu działalności, to zaczyna się problem. Jeżeli nie mamy podstawowej wiedzy, to jak możemy dobrze prowadzić biznes? Ta wiedza dziś niestety nie jest upowszechniona zbyt szeroko. A gdyby była, to pewnie ten rynek wyglądałby zupełnie inaczej niż wygląda dziś. Ponieważ większość tych placówek jest, powiedzmy, prowadzonych za pół darmo. 

PN: Z całą pewnością ta sytuacja, która ma miejsce obecnie na rynku jest efektem zjawisk z zeszłego roku. Chodzi o 15 niewypłacalności i fatalnego w tym zakresie prawa, którego niedoskonałość jest wykorzystywana przez niektórych organizatorów turystyki również do różnego rodzaju działań pseudo-promocyjnych. Mamy z tym ostatnio coraz częściej do czynienia, z wprowadzaniem przez niektórych dodatkowych zabezpieczeń, które nie powinny mieć miejsca w sytuacji kiedy to państwo powinno zabezpieczyć interesy klienta zgodnie z prawem europejskim. 

GP: Zwróćcie Państwo uwagę, że kwestie stricte koniunkturalne, negatywny wpływ makro w tej fazie kryzysu oddziałuje na tego naszego konsumenta znacznie bardziej niż w czasie kiedy ten kryzys trwał w najlepsze w latach 2008-2009. Wtedy polski konsument praktycznie nie ucierpiał. To miało miejsce w dużej mierze dzięki takim ruchom ze strony rządu, jak obniżka składki rentowej, istotne osłabienie złotego, co spowodowało, że polska gospodarka była mocno konkurencyjna i nie było istotnej fali zwolnień. Fundusz płac zachowywał się znacznie lepiej i gotówki do wydania na konsumpcję, także na turystykę, było znacznie więcej, mimo, że te warunki takie jak np. kursy walutowe były wtedy szokująco niekorzystne. Chyba istotne było wtedy to, że ludzie jednak uwierzyli w tę zielona wsypę. W to, że będzie Euro, że to nas uratuje, że nie ma co lamentować. Natomiast teraz te kwestie uległy jednak istotnej zmianie.
Jeszcze jeden czynnik, o którym należy powiedzieć, to struktura rynku turystycznego. Moja ocena jest taka, że jest to sektor bardzo mocno rozproszony. Konsolidacje, które miały miejsce, aczkolwiek powolne, powodują, że ci najwięksi gracze cały czas zyskują udziały w rynku kosztem tych mniejszych. Zeszłoroczne upadłości nie wydarzyły się wśród pierwszej piątki. Pomijam oczywiście tych, chyba wszyscy wiemy, o których mowa, którzy zostali skonsolidowani. Poza tym były to problemy małych podmiotów. Duże podmioty prowadzą działalność rentowną na poziomie zysku netto i tu działa efekt skali. Wydaje mi się, że proces konsolidacji będzie postępował, i to też będzie miało w dużej mierze później wpływ na to, jaka oferta i po jakiej cenie, będzie kierowana do konsumenta.
Nasz rynek i konsument powoli się zbliżają do wzorców zachodnich. Jest możliwe dojście do poziomu, jaki jest na rynku niemieckim. Tam procent społeczeństwa, który jeździ z organizatorami na wakacje, jest zdaje się na poziomie 30 proc. Jest to szokująca z perspektywy naszego rynku wartość, bo u nas w najlepszych czasach wynosiła 5 proc. Ale to tylko pokazuje, że jeśli gdzieś w długim terminie zbliżamy się z pewnymi parametrami do rynków niemieckich, to dojdziemy do standardów europejskich, a więc również do wolumenu sprzedaży usług turystycznych. 

KP: To jest bardzo cenna uwaga, że dzieli nas jeszcze przepaść, jeśli chodzi o liczbę osób korzystających z usług biur podróży w stosunku do krajów Europy Zachodniej. Ale we wszystkich sferach życia ten dystans się zmniejsza i tu też będzie się zmniejszał. Będziemy dochodzili do normalnych zachowań, do normalnej częstotliwości korzystania z urlopu i w ogóle korzystania z urlopu w Polsce. Mniej niż połowa pracujących Polaków w ogóle nie odbywa urlopu. Ten dystans, który widzimy bardzo wyraźnie, jest gwarancją stabilnego wzrostu obrotów w turystyce w kolejnych latach. 

PK: A propos złotego: poziom kursu walutowego. W tej chwili nie pocieszę Państwa. Następuje umocnienie euro i umocnienie dolara do złotego. Ostatnio intensywnie obserwowałem to, co zostało tylko zarysowane przez media, a co się działo na Śląsku w związku z tamtejszymi strajkami. Ja bym tego nie lekceważył. Jak wiemy 10 kwietnia mamy trzecią rocznicę Smoleńska. Na ulice ma wyjść 100 tys. osób i ja w to akurat wierzę, że tyle wyjdzie. Potem ma być okupowanie Pałacu Prezydenckiego i kancelarii Rady Ministrów aż do upadku rządu. 17 kwietnia jeśli Premier się nie zgodzi zaprzestać procedowania sprawy elastyczności czasu pracy, ma się odbyć generalny strajk ogólnopolski. Czy to się uda – nie wiem. Ale gdyby się to zaczęło dziać, to złoty popłynie. Na rynkach walutowych wystarczy tylko impuls. Niestety zacznie nam na wiosnę szkodzić polityka i to bardzo mocno. 

Czy można mówić o osłabieniu złotego w perspektywie długoterminowej?

PK: Jeżeli słyszę o prognozach długoterminowych, to się tylko uśmiecham, bo przy takiej zmienności, jaka panuje na rynkach, trudno cokolwiek przewidywać na kolejny miesiąc, a co dopiero na następne pół roku, czy rok. Prognozy są tylko po to, żeby je zmieniać.
Wejście do strefy Euro było by dla touroperatorów akurat bardzo korzystne. Jednak przeprowadzę dowód, że nie ma na to szansy co najmniej do 2021 r. W 2015 r. kiedy są wybory, chyba sobie Państwo nie wyobrażacie, że będzie mniej przeciwników zmiany konstytucji niż jest w tej chwili. Nie będzie mniej, może być tylko więcej. Jeżeli nie będzie po drodze wyborów skróconych, a na pewno nie będzie, to następne wybory są w 2019 r. Jeżeli wtedy powstanie taka większość – czego w ogóle nie możemy przewidzieć – to dopiero 2-3 lata później możemy się spodziewać euro. 

Andrzej Saja: Reprezentując środowisko hotelarskie mam wrażenie, że za bardzo koncentrujemy się w tej dyskusji na turystyce wyjazdowej. Mówimy o kryzysie ze znakiem zapytania: czy on jest, czy go nie ma? Konsument zamożniejszy, który jeździ na urlop zagranicę, kryzysu jeszcze nie czuje. Z tymi biedniejszymi jest trochę inaczej, bo oni jeszcze nie jeżdżą tak daleko, a wielu Polaków w ogóle nie wyjeżdża na urlop. Chciałbym też, żebyśmy pamiętali tutaj o turystyce, która dzieje się na terenie naszego kraju i o przychodach, które generują nie tylko biura podróży wyjazdowej, bo one oczywiście zatrudniają ludzi, płacą podatki, co jest ważne z punktu widzenia gospodarki. Ale to hotele są najważniejszą częścią turystycznego biznesu, płacą najwięcej podatków, zatrudniają najwięcej osób. A przypomnę, że 14, 5 mln turystów zagranicznych przyjechało do Polski i spędziło przynajmniej jedną noc. Prognozy cały czas są optymistyczne. Instytut Turystyki podtrzymuje swoje prognozy, że będzie kolejny rok wzrostu w okolicy 300–400 tys. osób. Inne ośrodki badawcze nie wycofują się z podobnych prognoz, mówiących że będziemy mieć do czynienia ze wzrostami, co powinno się przełożyć na dochody hotelarzy. Jeżeli nie wydarzy się nic dramatycznego, to myślę, że jest szansa, żeby te najbliższe lata były dobre. Oczywiście miniony rok był wyjątkowy ze względu na Euro 2012. Były hotele w dużych miastach notujące wyniki, które normalnie osiągały w 3-4 miesiące. Natomiast ten rok, mimo że początkowo wydawało się, iż może być kryzysowym, na razie nie wygląda na kryzysowy. Powiedzmy, że jest to poziom roku ubiegłego, choć trudno powiedzieć jak to się do końca ułoży. Warto pamiętać, że patrząc na kryzys z punktu widzenia państwa, to turystyka może nas przed kryzysem ochronić. Jeżeli będziemy ściągać turystów do Polski i odpowiednio się promować – co jest kluczowe – to istnieje szansa na ten efekt po Euro, że turyści, którzy tu byli zechcą do nas wrócić, może nie w przyszłym roku, ale później. 

Ale czy polityka Państwa jest tutaj odpowiednia? Z raportu konkurencyjności opracowanego przez World Econimc Forum, wynika, że Polska podskoczyła, jak twierdzą analitycy, „mimo polityki zaniechań naszego rządu wobec turystyki”.

MA: Ja bym tak daleko nie szedł. Patrząc na turystykę krajową, zawsze najważniejsze jest dla niej społeczeństwo krajowe. Zawsze! Owszem, są kraje południowe gdzie się to wyrównuje, ale patrząc na naszą szerokość geograficzną zawsze będzie tak, że 80–90 proc. popytu na turystykę krajową będzie generował turysta krajowy. Jest w tym zakresie bardzo łatwy ruch do wykonania i nie wiem dlaczego do tej pory nie został wykonany, to jest rozszerzenie wakacji letnich, tak jak ferie zimowe. Wtedy turystyka krajowa zyskuje fenomenalnie. Na krótkim sezonie nie trzeba wyzyskiwać aż tak wysokich przychodów od turystów, przez co ceny tego sektora są dużo bardziej konkurencyjne w stosunku do naszego – niestety sam sobie tutaj strzeliłem w kolano – ale w tym momencie ja też mogę dużo łatwiej sterować moimi pustymi łóżkami w hotelu. Takie rozwiązanie jest już od długich lat w Niemczech i wszyscy na tym zyskują. W Polsce nie jesteśmy w stanie tego ruszyć. 

AS: Dokładnie. I był by taki sam efekt jak przy feriach zimowych, które już od kilku lat w ten sposób funkcjonują. Jest to dla wszystkich korzystne. 

KP: Jest taki projekt, który my nazywamy „Wakacje od 1 czerwca”. Staramy się wokół niego lobbować, wzorem naszego zachodniego sąsiada. Korzyści są oczywiste na tyle, że nie podlegają dyskusji. Rozłażenie zainteresowania wyjazdem, czy to letnim czy zimowym, powoduje, że nie powstają peaki sezonowe. Musi to mieć wpływ na korzystniejsze ceny, wydłuża się czas korzystania z infrastruktury, czyli następuje lepsze jej wykorzystanie, spłaszczenie cen, więcej miejsc pracy choćby sezonowych. Jeżeli w zimie udało się to zrobić i rozłożyć ferie w zależności od województw na okres kilku tygodni, to dokładnie to samo można zrobić z wakacjami letnimi. I wiemy jak to zrobić, bo zrobiliśmy to w zimie. Wiemy, że tak robią wszystkie kraje europejskie. Same korzyści dla pracodawców, dla samorządów i dla branży. Gdy zastanawiam się, dlaczego nie udało się nam tego do tej pory przeforsować, to okazuje się, że jedynym oponentem jest minister edukacji, który miałby do napisania kartkę formatu A4, że wakacje letnie będą dla poszczególnych województw w takim, a takim terminie. 

PN:
Jak udało się nam rozciągnąć ferie zimowe, to głównym argumentem, który przeważył była kwestia bezpieczeństwa dzieci. Bo jak ferie były w jednym terminie, to się okazywało, że pociągi były przepełnione, drogi do Zakopanego i w inne miejsca przeładowane, wypadki itp. Dopiero gdy podczas spotkania w Ministerstwie Edukacji ktoś wspomniał o bezpieczeństwie dzieci, to dopiero zaczął się temat.
Korzystając z okazji chciałbym jeszcze zestawić dwa wydarzenia, jako że mówiliśmy o polityce. Na niedawnych targach ITB w Berlinie na ceremonii otwarcia wystąpiła Kanclerz Niemiec, mówiąc jaka to jest wielka rola turystyki. I zestawienie drugie, sprzed kilu miesięcy, kiedy premier rządu polskiego mówi, że turystyka to jest żadna gałąź gospodarki, że bez biur sobie poradzimy. Natomiast ostatnie badania Eurobarometru pokazują, że sektor turystyczny jest jednym z niewielu, który generuje miejsca pracy. I prognozy długoterminowe również wskazują na to, że wciąż będzie generować te miejsca.

Jak już jesteśmy przy miejscach pracy, Pan Piotr wspomniał o bezrobociu. Czy nie mamy do czynienia z pewnym paradoksem? Mówi się, że bezrobocie będzie rosło, milion osób już pracuje na podstawie umów śmieciowych. Czy nie jest tak, że kiedy nie stać kogoś na zakup domu – bo nie może dostać kredytu hipotecznego – to czy nie chętniej wyda pieniądze na wakacje?

KP: Turystyka nie jest artykułem pierwszej potrzeby. Zawsze ponad wyjazd przedłożymy potrzebę zakupu nowej lodówki, samochodu i tym podobnych. Na nowy telewizor chętnie z kolei weźmiemy kredyt, a na wakacje pomimo, że jest cała masa banków, które myślą, że będzie dużo chętnych na branie kredytów na wyjazdy turystyczne i są gotowe podpisywać na dobrych warunkach umowy z touroperatorami, już nie. Ja miałem kilka takich umów z kilkoma bankami, a nie pamiętam, żeby trafił się taki konsument, który chciał wziąć kredyt na wakacje. Na szczęście ludzie są odpowiedzialni jeśli chodzi o ocenę własnych możliwości finansowych. 

Panie Grzegorzu, czy potwierdza Pan to, że bierzemy mniej kredytów? Podobno wartość kredytów jest niepokojąco wysoka. Czy w związku z tym czeka nas druga faza kryzysu i czy będzie się działo to, co w 2008 roku? 

GP:
Jeżeli mówimy o konsumencie i o konsumpcji wewnętrznej, to wydaje mi się, że nie było pierwszej fali kryzysu. Dopiero teraz konsument jest w kryzysie. W tym roku konsumpcja prywatna będzie wyglądała słabo, to pokazują dane makroekonomiczne, to pokazują nastroje. Obawiam się, że ta część społeczeństwa, która jest wrażliwa na złe nastroje może przełożyć się na mniejszą liczbę konsumentów usług turystycznych.
Paradoksem jest, że spośród segmentów konsumentów w tym roku najlepiej prezentują się dochody emerytów. Od momentu, kiedy inflacja istotnie spadła, mamy sztywne waloryzacje rent i emerytur. Spadająca inflacja powoduje, że realne dochody emerytów rosną. Natomiast rynkowy poziom wynagrodzeń wyhamował w ujęciu nominalnym bardzo mocno, co w zeszłym roku – przy relatywnie wysokiej inflacji, na poziomie podchodzącym pod 4 proc. – powodowało, że realnie my, pracujący w gospodarce rynkowej, zarabialiśmy mniej. Dopiero teraz kiedy nastąpił istotny spadek inflacji, znowu jesteśmy statystycznie rzecz biorąc w ujęciu realnym z płacami trochę do przodu, ale niewiele. Konkluzja jest taka, że ze strony makro, ten rok nie przyniesie pozytywnych impulsów.
Jeśli chodzi jeszcze o kredyty, to banki mają bardziej kłopoty w segmencie korporacyjnym. Mieliśmy falę bankructw w branży budowlanej, dlatego banki starają się odbić to sobie w segmencie konsumenckim. Z chęcią dawałyby więcej kredytów, szczególnie tych długoterminowych, hipotecznych. Jednak skończył się program „Rodzina na swoim” i od razu zapowiedziano nowy MDM, co było najgorszą rzeczą jaką można było zrobić. W sytuacji kiedy skończył się jeden program, zapowiedziano kolejny i nie ma nic pomiędzy, konsumenci postanowili czekać. 

PK: Wspomniał Pan o emerytach. Dobrze się im wiedzie na tle społeczeństwa, ale to nie jest ten segment, który jest w stanie skorzystać z usług biur podróży. Wciąż nie mogą sobie pozwolić na wczasy na przykład na Karaibach, jak to ma miejsce w Niemczech. Z kolei wśród młodych ludzi 25+ mamy bezrobocie. Więc z jednej strony mamy niezbyt zamożnych emerytów, którzy jednak są stabilni, z drugiej strony mamy duże bezrobocie wśród młodzieży co ogranicza ruch. Jeżeli chodzi o podawany wzrost płac, to należy pamiętać, że GUS podaje wyniki dla przedsiębiorstw, czyli dla firm, które zatrudniają powyżej 9 osób, a te, które zatrudniają poniżej 9 osób wypadają ze statystyki. A to jest, o ile się nie mylę, 2/3 w gospodarce. 

GP:
A one wypadają jeszcze gorzej. Tak samo sprzedaż detaliczna jest podawana tylko dla sklepów zatrudniających powyżej 9 osób, a biorąc pod uwagę strukturę, czyli rosną hipermarkety i dyskonty… 

PK:
Tutaj GUS nam nie podaje prawdziwego obrazu, on jest niestety gorszy. 

Czy może w związku z tym zmienia się struktura klienta biur podróży? Czy w ciągu ostatnich kilku lat nie widzicie Panowie żadnych zmian wśród swoich klientów?

MA:
Wręcz przeciwnie. Naszymi klientami są osoby między 30 a 50 rokiem życia, z dziećmi w wieku od zera do 15 lat, osoby w pełni życia zawodowego, na stanowiskach średnich i wyższych. Zwiększające się bezrobocie wśród młodych osób poniżej 25 roku życia, nie ma żadnego wpływu na to, czy sprzedajemy czy nie, bo te osoby nigdy nie były naszymi klientami. Jeżeli bezrobocie będzie podchodziło do osób w wieku 30-35 lat, jeżeli banki będą zwalniały osoby na stanowiskach menadżerskich, i jeżeli to samo będzie się działo w branży usługowej i przemysłowej, w tym momencie będziemy rozmawiać o tym, że bezrobocie ma wpływ, przynajmniej na klientów TUI. Ale dziś, jeżeli mówimy o zwiększającym się bezrobociu w segmencie produkcyjnym, gdzie średnie płace nie są zbyt wysokie i do tego gdzie jeszcze pracują osoby młode, dopiero zaczynają pierwszą prace, i po pół roku ją tracą, to znowu nie jest mój klient. Jest owszem pytanie, co się będzie działo za pół roku, czy za rok. Jednak na podstawie ostatnich pięciu lat mogę powiedzieć, że ten rynek jest stabilny, a nawet lekko wzrostowy przeciętnie o 2-3 proc. w ostatnich latach. 

AS:
Ja bym jeszcze postawił inne pytanie i spróbował na nie odpowiedzieć. Jak będą się zachowywały inne segmenty poza wjazdówką, o której cały czas bardzo dużo mówimy. Jak na przykład będzie się zachowywał rynek kongresowo-konferencyjny? Powiedziałbym, że na razie sytuacja cały czas jest niezła. Mimo tego, że mówi się o kryzysie, to nie widać sytuacji, jaka miała miejsce np. pięć lat temu, kiedy wszyscy nagle zaczęli ciąć koszty. Wtedy firmy zaczęły cięcia od konferencji. Zaczęły je robić u siebie w firmie lub wcale. Na razie nie możemy mówić, że mamy do czynienia z tym zjawiskiem, choć firmy dużo wnikliwiej zaczynają oglądać pieniądze. Sam segment konferencyjny w Polsce, w porównaniu do rynku niemieckiego, którym się tu posiłkowaliśmy, jest stosunkowo słabo rozwinięty. Procentowy udział tego segmentu w całości przychodów hoteli jest zdecydowanie niższy niż w Niemczech. Teoretycznie potencjał wzrostowy jest duży. 

PK:
W przypadku firm ta dziura konferencyjna będzie w latach 2014-2015 r. Po prostu nie będzie wtedy funduszy unijnych. Stare zadania się kończą, a nowych nie ma. Dopiero w 2014 roku będą wchodziły zadania z nowej perspektywy budżetowej. Dlatego cenne są inwestycje polskie, choć wielu to krytykuje, a ja osobiście – chwalę. 

PN: Mówimy o tym segmencie konferencyjnym z punktu widzenia krajowego lub przyjazdowego, a zupełnie inaczej on wygląda z punktu widzenia wyjazdowego. Tutaj jest ewidentny spadek środków na tego typu wyjazdy. Takie zjawisko obserwuje się też w innych segmentach, ale w tym wyraźniej. Następuje skrócenie wyjazdów – mamy teraz ewidentnie krótsze pobyty – także skrócenie odległości. Firmy które wyjeżdżały do Azji, organizują takie wyjazdy do Europy. Wartość środków przeznaczanych teraz przez firmy na takie wyjazdy może być niższa nawet o 25 proc. 

A czy w turystyce też mamy tendencję do skracania wyjazdów, Panie Krzysztofie?

KP:
Z 9,5 dnia, skróciło się do 9,2. Tyle można stwierdzić. Wiemy też, że klienci rezerwują trochę później. Widać takie trendy, może nie chcemy rezygnować z wyjazdu, ale żeby pozostać w budżecie skracamy długość. No i ta niepewność, powoduje, że rezerwujemy później. Ale to nie jest jakieś dramatyczne. Generalnie wielkich zmian nie ma. Jeśli sytuacja będzie stabilna we wszystkich obszarach polityki i gospodarki, to nie powinno być rewolucji. 

PN: Rynek w Polsce jest dość stabilny. Myślę, że koledzy reprezentujący przedsiębiorstwa globalne potwierdzą, że jednak na rynku europejskim przeciętna długość wyjazdów spadła, nawet w granicach do 10 proc. Ta kwestia wydatków chyba jednak ma znaczenie.
Andrzej Saja: Pana wypowiedź, że rosną dochody Polaków, każe mi przypomnieć, że to nie jest przypadek, iż takie firmy jak Emirates, czy Quatar otwierają połączenia do Polski. Otwierają je dlatego, że tutaj jest klient. Przecież oni doskonale wiedzą zanim podejmą taki krok, ile tego ruchu było generowane przez Lufthansę, kiedy trzeba było latać do Dubaju przez Frankfurt. Jeśli tak potężne linie wchodzą na nasz rynek, świadczy to o tym, że jest to rynek z ogromnym potencjałem. Co oczywiście daje pewnie też kolegom z biur podróży szansę na lepsze ceny na dalekich kierunkach, ale daje też perspektywy całej branży, bo otwiera nasz kraj w obie strony. 

Panie Marku jak w takim razie będzie wyglądała turystyka w przyszłości? Skoro się tak mało przez ostatnie lata zmienia, czy czeka nas jakaś rewolucja? 

MA:
Ja widzę przyrost wolumenu klientów, aczkolwiek z drugiej strony, nie widzę zrównania się przeciętnej ceny Polsce, do ceny szwajcarskiej czy niemieckiej. Uważam, że polski rynek jest w stanie znieść zmianę ceny na klienta o 100-200-300 złotych rok do roku – jest to w stanie przeboleć – ale to nie jest to rynek, który dzisiaj przy takim samym hotelu, miejscu i długości pobytu wydaje takie same pieniądze, jak klient z rynków zachodnich. On po prostu takim klientem nie jest i przez długi czas jeszcze nie będzie. Ciśnienie, żeby w każdym momencie, w każdej decyzji konsumenckiej, znaleźć najlepszą możliwą opcję na wydanie pieniędzy, w sensie najbardziej oszczędną w stosunku do jakości którą zakupuję, w naszym społeczeństwie będzie jeszcze przez wiele, wiele lat bardzo rozpowszechnionym typem działania. Dlatego jeszcze raz powtarzam, jak najbardziej jestem optymistą jeśli chodzi o przyrost ilości konsumentów, ale jeszcze parę lat temu widziałem tu przyrosty ogromne. Patrząc dzisiaj sądzę, że przyrosty na poziomie 2-3 proc. będą fajne. Żadnych spektakularnych wystrzałów tu raczej nie będzie. Nie doprowadzimy do sytuacji z lat 2004-2008 kiedy ten rynek rósł o 30-40 proc. rocznie, o tym możemy zapomnieć na najbliższe lata. Jeśli chodzi o produkty wszystko zostanie raczej standardowo, czyli słońce, plaża. 



2013-04-17 13:19:00

powrót

Dołącz do dyskusji na stronie

»

Komentarz:
Text:
Podpis:
Nazwa:
WWW:

Wysłanie komentarza oznacza ze zgadzam się na regulamin.
Dołącz do dyskusji na FB

»

 
Sylwetka

»



» Agnieszka Lis, kierownik biura LOT "Serce Kaszub"  » więcej
Newsletter

»

Zamów newsletter